facebook
Zapraszamy na nasz blog
Młodzieżowe Media obywatelskie
"nic o nas nic bez nas"
Wasilków online
Gimnazjum im. ks. Wacława Rabczyńskiego w Wasilkowie


Gimnazjum im. ks. Wacława Rabczyńskiego w Wasilkowie
Gimnazjum im. ks. Wacława Rabczyńskiego w Wasilkowie








Informacje o Patronie
Rozmiar: 43 bajtów
Uczniowie całują sztandar
Uczniowie całują sztandar
Uroczyste nadanie imienia Szkole
,,Księdza Wacława Rabczyńskiego''
i poświęcenie sztandaru
odbyło się 22.12.2002
w przeddzień
100 rocznicy urodzin patrona.



Ks. Wacław Rabczyński - kapłan niepokorny
Rozmiar: 43 bajtów

,,Ks. W. Rabczyńskiego pamiętam od 1947 r. Było to w niedzielę. Ludzie wracający z kościoła przynieśli wiadomość, że do Wasilkowa przybył nowy proboszcz na miejsce ks. P. Bartoszewicza. Wieści krążyły rozmaite. Jedni podkreślali, że młodo wygląda i ładnie śpiewa, inni zarzucali, że monotonnie głosi kazanie. Ludzi nie interesowało, jakie oficjalne stanowisko piastował nowo przybyły ksiądz. Mówili po prostu „proboszcz'', chociaż żył wtedy jeszcze ks. Antoni Gajlewicz, któremu prawnie ten tytuł przysługiwał. Wgląd w akta personalne pozwolił stwierdzić, że ks. W. Rabczyński został na własną prośbę zwolniony 2 VII 1947 r. zobowiązków proboszcza w parafii Śliwno i mianowany 11 VII tr. wikariuszem zarządcą tak w sprawach duchowych jak i materialnych w parafii wasilkowskiej (nominację na proboszcza otrzymał 9 VII 1951 r. Po śmierci ks. A. Gajewicza). Dla większości jednak parafian te subtelności były obce. Nazwano nowego księdza proboszczem i tak go tytułowano aż do jego śmierci.

Osobiście zetknąłem się z ks. W. Rabczyńskim w tydzień póĄniej w kościele. Odprawiał mszę św. i głosił kazanie. Przedstawiał się dość osobliwie. Był średniego wzrostu. Nosił okulary i nieuczesane włosy, co wzbudzało powszechne zdziwienie, bo ówczesna moda kazała mężczyznom o tę część głowy szczególnie zabiegać. Mówił nosowym dĄwięcznym głosem. Przy ołtarzu chodził nieporadnie. Sprawiał wrażenie zamyślonego, pogrążonego w sobie. Na ambonie szło mu jeszcze gorzej. Wpadał w wysoki jednostajny ton, robił długie pauzy, jakby się zacinał. I takim pozostał do końca. (...)

Sposób wygłaszania kazań przez wasilkowskiego proboszcza nie przesądzał oczywiście o ich treści. Tej ostatniej nie można czynić zarzutów. To bowiem, co mówił, opierało się na wierze Kościoła i osobistych przemyśleniach. Ks. Rabczyński nie zawsze miał czas na dostateczne przygotowanie kazania, ale zawsze wiedział, co chce powiedzieć. I to było cenne w jego przemówieniach. Zawierało się w nich wiele tzw. mądrości życiowej, zdobywanej w trudzie codziennego doświadczenia, w samotnych rozmyślaniach i rozmowach z Panem. (...) Człowiek się zżymał, buntował, a jednocześnie nie mógł pozostać obojętny. Wychodził z kościoła i zastanawiał się, dlaczego tak jest. Potem zwykle treść ulatywała z pamięci, ale obraz księdza z ambony pozostawał - obraz proboszcza, który stawał wobec parafian bez udawania, sztucznych kolorów, w surowości prawdy. I kto wie, czy to nie było w tym najważniejsze. Bo łatwiej wypowiadać piękne, a znaczniej trudniej dawać przykład żywej wiary, wygodniej jest powtarzać cudze myśli, a więcej trudu kosztuje wypracowanie własnych.

Zresztą braki retoryczne ujawnił ks. Rabczyński tylko w kazaniach do dorosłych. Inaczej przemawiał do dzieci. Mówił do nich żywo i obrazowo. Posługiwał się dosadnymi sformułowaniami, dotykał konkretnych problemów życia. Takim był na ambonie, a jeszcze w sali katechetycznej (w pierwszych latach pobytu w Wasilkowie ks. proboszcz osobiście uczył religii). Na trwałe utkwiły mi w pamięci spotkania z ks. proboszczem podczas takich lekcji. Zbieraliśmy się wtedy w ciasnym pokoju prywatnego mieszkania. Ks. proboszcz przyjeżdżał zwykle motocyklem i przywoził kolorowe obrazki ze scen biblijnych. Sadzał nas przed sobą i opowiadał tak ciekawie, że byliśmy niemal zawieszeni na jego ustach. Nie pisaliśmy w zeszytach, bo nie było na to warunków. Nie przerabialiśmy tez nigdy całości wyznaczonego materiału. Zwykle rok kończył się na historii Józefa z Egiptu. W ogóle, teoretycy katechezy znaleĄliby prawdopodobnie w tamtych jednostkach wiele braków metodologicznych. Ale faktem jest, że spotkań tych nie sposób zapomnieć. Jestem też przekonany, że większość z nas wyniosła z nich umiejętność rozeznawania, co jest dobre a co złe przyjmowania właściwej postawy wobec Boga. Katechizmu i pacierza uczyliśmy się w domu.

Niedociągnięcia kaznodziejskie były jednym z powodów, dla których niektórzy parafianie wasilkowscy usiłowali początkowo zmusić ks. proboszcza do opuszczenia parafii. Delegacje, które w tym celu udawały się do Kurii Biskupiej, wysuwały nadto jako zarzut niedbały wygląd ks. Rabczyńskiego: potem doszła jeszcze sprawa dzielenia się czynnościami duszpasterskimi z księżmi wikariuszami. O co szło w dwóch ostatnich przypadkach? Pozostaje faktem, że ks. Rabczyński nie nosił nigdy grzebienia i mało kto widział go u fryzjera. Poza tym chodził w połatanej wymiętej sutannie, w butach z cholewkami w harmonijkę i w szarym ceratowym płaszczu. Niemal też nigdy nie rozstawał się z motocyklem, który stał się prawie jego nogami w załatwianiu rozlicznych spraw. Strój ten rzeczywiście budził odruchowy sprzeciw, zwłaszcza latem. Ale przecież nie ubiór stanowi o kapłaństwie. Nie on też powinien być podstawą oceny pracy duszpasterskiej. Do wyglądu można się przyzwyczaić, jak to na szczęście stało się w Wasilkowie. Potem patrzono już przez palce na ten styl bycia ks. proboszcza. Więcej, doszło do tego, że parafianie nie zatrzymywali wzroku na szacie swego proboszcza, lecz sięgali dalej, głębiej, do istoty rzeczy. I w tym chyba przeszli zbawienną ewolucję. (...)

Pieniądze były potrzebne ks. proboszczowi, ale nie brał ich dla siebie. Wszystko inwestował w parafię. Gdy umarł, pozostały po nim kulawe meble, trochę sfatygowanej bielizny, pożółkłe książki. Nic poza tym. Stąd nie można go pomawiać o chciwość. Nie był też pyszny, choć niekiedy dawał powody do takiego mniemania: rzadko wdawał się w dyskusje, czasem zarzucał innym swoje zdanie. Taki jednak tylko wtedy, gdy wiedział, że dyskusja do niczego nie doprowadzi. Zupełnie inaczej rozmawiał z fachowcami. Nie stawiali mu też takiego zarzutu zwykli wierni. Mówili raczej: nasz proboszcz jest dobry (potem dodawali jeszcze - i mądry). Musiał więc ks. Rabczyński z innych powodów stosować taką taktykę. (...) Może chodziło mu o sprawne prowadzenie robót budowlanych, do czego - niestety - potrzebne są pieniądze. Nie wykluczone też, że doszedł tu do głosu motyw wewnętrzny. Zdając sobie sprawę ze słabej prezencji osobistej, wiedział, że jeżeli pozwoli innym być na własnym miejscu, wtedy już nigdy na nim się nie znajdzie. Bo ludzie często już tacy są, że złotem nazywają to, co się świeci. Postawieni w możliwości wyboru opowiadaliby się za młodym księdzem. A tak, trochę marudzi, szemrali, lecz w końcu zawierali śluby przed własnym ks. proboszczem, udawali się z nim na cmentarz i jego też przyjmowali we własnych domach z wizytą duszpasterską. A proboszcz skutkiem tego był również ze swoimi parafianami. Dzielił ich radości, troski, pomagał im w rozwiązywaniu życiowych problemów. Był przez to prawdziwym pasterzem, który zna swoje owce.

Owe teoretyczne błahe zarzuty przysparzały praktycznie ks. proboszczowi niemało kłopotów. Doszło nawet do krytycznego momentu, kiedy to władza diecezjalna zastanawiała się poważnie nad przeniesieniem ks. Rabczyńskiego na inną placówkę duszpasterską. Że do tego nie doszło- zasługa ks. bpa Adama Sawickiego, który roztropnie potrafił ocenić sytuację. I jemu parafia wasilkowska winna wyrażać wdzięczność. Inaczej bowiem do dziś modliłaby się w starym ciasnym kościele i popełniałaby te same błędy w ocenie swoich duszpasterzy.

Ks. Rabczyński stopniowo przezwyciężył nagromadzone względem niego uprzedzenia i niechęci. Dokonał tego przez swoją cierpliwość, dobroć, solidną pracę duszpasterską, a przede wszystkim przez wybudowanie w centrum Wasilkowa okazałej świątyni. Ludzie z czasem zrozumieli; że mają do czynienia z księdzem szczególnym, przyzwyczaili się do jego sposobu bycia, polubili go, zaczęli go szanować i wreszcie podziwiać.

Nie było to łatwe, ponieważ ks. Rabczyński należał do tych ludzi, którzy nie afiszują się swoją osobą. Nie lubił mówić o sobie. Niektórzy parafianie do końca nie znali jego nazwiska. Wielu z nich dopiero na pogrzebie dowiedziało się, że był synem Eugeniusza i Heleny z Turczanowskich, że urodził się 23 XII 1902 r. w Andrzejewiczach koło Wołkowyska, że otrzymał święcenia w Wilnie 12 VI 1932 r. i że zanim przyszedł do Wasilkowa był wikariuszem w Porozowie, a potem proboszczem w Giełczynie i w Śliwnie. A już tylko nieliczni byli poinformowani o tradycjach rodzinnych ks. Rabczyńskiego i o jego zamiłowaniu do muzyki, którą studiował przed wstąpieniem do Wyższego Seminarium Duchownego w Wilnie. Własnym czynom kazał mówić o sobie. Stąd trudno się dziwić, że część parafian zanim ujrzała te czyny wydawała o nim mylne sądy.

Na szczęście prawda nie pozostał w ukryciu. K. Proboszcz okazał się nad miarę cierpliwym. Wszystkie przykrości zniósł we własnym sercu. Nie gromił z ambony tych, którzy mu dokuczali, nie wdawał się z nimi w polemikę. Dla ludzi był dobry. Pozostał wśród ludzi. Nie zraził się do nich, nie zamknął we własnym mieszkaniu. Nadal głosił kazania, spełniał wszystkie czynności duszpasterskie. A przy tym był bardzo ludzki. Rozmawiał z najbardziej ubogimi, wchodził do domów, które inni omijali. I w ten sposób zaczął zmieniać wokół siebie atmosferę. Dla wielu otwierały się oczy. Za duchowną szatą dostrzegali człowieka wrażliwego i wyczulonego na ludzkie potrzeby. (...)

Nie tylko wszakże przez specjalny sposób bycia zmieniał ks. proboszcz atmosferę w parafii wasilkowskiej. Dużą rolę w tym zakresie odgrywała jego praca duszpasterska. A była ona niemniej osobliwa od samej postaci ks. Rabczyńskiego. Podobnie jak w życiu prywatnym, tak również w czynnościach duszpasterskich ks. proboszcz daleki był od jakiegokolwiek efekciarstwa i chęci popisu. Główny nacisk kładł na szarą codzienną pracę kapłańską. Było to niemal ciągłe przygotowywanie gleby i sianie, ażeby kto inny miał zbierać plony. Tak już bowiem jest w posługiwaniu kapłańskim, że jeden sieje a drugi zbiera, o ile w ogóle żniwo nie należy do Pana. Inna rzecz, że parafia wasilkowska miała szczęście do wielu wybitnych prefektów, którzy zwłaszcza z młodzieżą umieli znakomicie radzić. Tym niemniej kolumną, na której opierała się praca młodych księży, był ks. proboszcz.

Nie księża goście ukształtowali pobożność parafian wasilkowskich, lecz miejscowi duszpasterze.(...) Co innego odpusty, rekolekcje lub inne doroczne uroczystości. Ze względu na swój odświętny charakter wymagają one podniosłego przemówienia. Zwykle też zaprasza się kogoś specjalnie do tego zadania. Ks. Rabczyński sprowadzał na ogół mówców wypróbowanych. Nie przewinęło się ich zbyt wiele przez ambony wasilkowskie. Ale ci, co głosili z nich Słowo Boże, robili to dobrze. Może właśnie dlatego odpusty w Świętej Wodzie cieszą się do dziś dużą frekwencją wiernych, a rekolekcje wywierają wpływ na życie parafian. (...)

Najbardziej widoczny ślad po sobie zostawił ks. proboszcz w budownictwie. Parafianie szybko spostrzegli, że ich proboszcz umie budować i po cichu nazwali go inżynierem, przez co wyrażali niemal najwyższe dla niego uznanie. Ks. Rabczyński inżynierem nie był, ale znał się na pracach budowlanych, a do tego miał artystyczną duszę. Stąd też na efekty nie trzeba było długo czekać. Pracę rozpoczął od odbudowania zniszczonej podczas wojny kaplicy w Świętej Wodzie koło Wasilkowa. Już w 1950 r. odbyło się jej poświęcenie przez ks. bpa Władysława Suszyńskiego. W 1955 r. ks. proboszcz powiadomił Władzę Diecezjalną o odrestaurowaniu kaplicy w Świętej Wodzie i wybudowaniu tam 7 ołtarzy. Dziś Święta Woda jest miejscem kultowym znanym szeroko poza granicami parafii wasilkowskiej. Znajdujące się tam Ąródło z bijąca świeżą wodą, grota na wzór z Lourdes, okalające stare drzewa - wszystko razem tworzy dogodną atmosferę do modlitwy zbiorowej i prywatnej.

Po odbudowaniu Świętej Wody zajął się ks. proboszcz uporządkowaniem parafialnego cmentarza. Włożył w to szczególnie dużo troski. Nadał mu swoimi rzeĄbami pewien kształt artystyczny. Cmentarze przy wsiach i miasteczkach białostocczyzny są podobne do siebie. Ogranicza je zwykle kamienny lub ceglany mur, za którym w zielsku i trawie w towarzystwie samotnej brzozy i szumiących sosen poutykane są groby zmarłych. Cmentarz wasilkowski odbiega od szablonu. Przychodzących doń wita olbrzymi anioł z trąbą podniesioną do góry, jak gdyby wołał na sąd ostateczny. A dalej oparta na wysokich kolumnach brama przypomina, że śmierć jest przejściem na drugą stronę. Jest tam nadto Matka Boska z umarłym Jezusem na kolanach tak polska i wiejska, jakby pochodziła z Dąbrówek, jest też Judasz, któremu dzieci rozbiły nos, gdy dowiedziały się na religii, że zdradził Pana Jezusa. Jest wąż, są murki, kolumienki i napisy kapiące mądrością. Dużo serca włożył ks. proboszcz w ten cmentarz I dobrze, że tam został pogrzebany. Gdzie bowiem bardziej mógłby spoczywać, jak nie w miejscu, w którym spędził tyle chwil za życia. Szkoda tylko, że swe rzeĄby wykonał w nietrwałym materiale, żelazobetonie, dziś już bowiem to wszystko niszczeje, a kto wie, czy po niedługim czasie w ogóle się nie rozpadnie.

Po uporządkowaniu cmentarza przystąpił ks. Rabczyński do największego swego przedsięwzięcia - budowy kościoła w centrum miasta na miejscu rozebranego po powstaniu styczniowym kościoła drewnianego. (...) Budowę rozpoczął oficjalnie w 1958 r. Nie była ona łatwa. Trzeba bowiem było wszystko zaczynać od zera: gromadzić materiały, zbierać pieniądze, umawiać się z ludĄmi, załatwiać w urzędach. Wszystko odbywało się systemem gospodarczym, bez specjalnych maszyn i urządzeń. Ciężar pracy pokonywały ludzkie mięśnie. Parafianie wasilkowscy okazywali się wprawdzie ofiarni, ale sami nie sprostaliby wydatkom. Stąd widziało się ks. proboszcza niemal na wszystkich odpustach w diecezji, jak chodził z tacą i zbierał na budowę kościoła. Ludzie chętnie przychodzili do pracy, ale te pracę trzeba była zorganizować, do niej zachęcić.(...)

Przypominam wyraĄnie ks. Rabczyńskiego z tego okresu. Był więcej niż zwykle zamyślony i mniej miał czasu n a zajęcia duszpasterskie. Ciągle był poza domem. Bo albo załatwiał sprawy, albo pilnował robót w kościele. Dużo się modlił. (...) Pewnego razu, przechodząc obok kościoła o godz. 9.00 zobaczyłem uchylone drzwi. Wszedłem po cichu. Na stopniach ołtarza klęczał ks. proboszcz. Był sam w kościele i nie wiedział o mojej obecności. Modlił się. Ręce miał złożone jak do wielkiej prośby. Zdawało się, że przymusza Pana Boga. A potem upadł krzyżem na stopniach i dalej się modlił. Nie wytrzymałem. Wyszedłem z kościoła. Czułem się, jakbym zobaczył coś, czego nie powinienem oglądać. Szedłem z szeroko otwartymi oczami, bo ujrzałem fundament, na którym powstawała wasilkowska świątynia. Właściwie ta świątynia kosztowała życie ks. proboszcza. Jej mury zostały spojone jego potem i jego modlitwą.

Konsekracja odbyła się 26 XII 1966 r. Podniosła to była uroczystość. Czekaliśmy wszyscy na ten dzień. Na miejscu stawili się niemal wszyscy parafianie. Byli dumni z proboszcza i z siebie. Patrzyli na kościół, jak rodzice na nowo narodzone dziecko. Zaczęły się obrzędy konsekracji. Przybył ks. bp A. Sawicki. Najpierw modlitwy na zewnątrz kościoła, a potem uroczyste otwarcie drzwi. Wchodziliśmy tłumnie, powoli, ażeby zapamiętać jak najwięcej szczegółów. (...) Rozpoczęła się msza św. na olbrzymim kamieniu, który odtąd miał już być stałym miejscem składania niekrwawej ofiary. Z przodu z kamiennej ściany prezbiterium nad balkonem spoglądał Chrystus z krzyża i Matka Boska Miłosierdzia w złotej szacie. Uroczystość trwała długo. Padło podczas niej wiele pochwał i słów wdzięczności. A ks. proboszcz jakby się zgubił w tym tłumie. Wydawał się wprost filigranowy, trochę zmieszany, jakby przepraszał za to, co uczynił. Tym razem jednak nikt mu tego nie miał za złe. Ważne było jego dzieło, a nie wygląd. Nikt też pewnie nie zwracał uwagi na nieuczesane włosy ks. proboszcza i jego wymiętą sutannę. Jak bowiem można było to widzieć, skoro oczy przyciągał blask nowej świątyni.

Osobny rozdział w życiu ks. Rabczyńskiego stanowiła jego matka. Nie znałem jej bliżej. Trzymała się bowiem z dala od ludzi. Większość czasu spędzała we własnym pokoju. Była artystą plastykiem i muzykiem, a przede wszystkim natchnieniem dla syna. Rzadko się widzi, żeby dzieci tak kochały swoich rodziców. Ks. Rabczyński był bez reszty oddany swojej matce i w niej znajdywał umocnienie w trudnych chwilach swojego życia.

Można było słyszeć ich rozmowy. Właściwie, matka była jedynym powiernikiem jego tajemnic. Gdy zmarła, ks. proboszcz powiedział: już dla mnie nie ma życia na ziemi. I rzeczywiście tak się stało. W niespełna rok, 19 Vi 1969 r. podążył za nią do Pana.

Śmierć ks. Rabczyńskiego zaskoczyła parafian. Wiedziano wprawdzie, że jest zmęczony i smutny po odejściu matki, ale nie przypuszczano, że skończy tak wcześnie. Miał zaledwie 67 lat i mógł jeszcze żyć. Pan jednak go zabrał. Pogrzeb odbył się uroczyście. Po konsekracji kościoła była to druga chwila, w której parafianie stawili się tłumnie na apel swego proboszcza, z tym tylko, że w innym nastroju. Nie chciało się wierzyć, że odszedł ktoś, kto tak bardzo wrósł w teren. Przy biciu dzwonów, śpiewie psalmów, w asyście członków kapituły metropolitalnej, licznie zebranych księży i wiernych zaniesiono ciało zmarłego na cmentarz i pogrzebano obok jego matki. Spoczywają razem i są chlubą parafii wasilkowskiej. W kamieniu wyryte zostały słowa przez syna dla matki i przez parafian dla swego proboszcza. Jedne są wylewne, pełne uczucia, drugie trochę urzędowe, lecz o obu przypadkach prawdziwe. Bo w krótki zdaniu ,,proboszcz wasilkowski, budowniczy kościoła'' zawarto się właściwie to, co najważniejsze. Być bowiem prawdziwie proboszczem i zbudować oznacza bardzo wiele.

W naszkicowanym tu obrazie ks. Rabczyńskiego znalazło się wiele uczuciowego zabarwienia. Inni prawdopodobnie inaczej go widzieli i odbierali. Przydało by się uzupełnienie. Im dłużej jednak myślę o swoim ks. proboszczu, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że był to człowiek wielki.''


Bp Edward Ozorowski - „Pamięć wdzięczności początkiem'’ - fragmenty






gimnazjum, szkoła, szkolnictwo, klasa, klasy, uczeń, uczniowie, oceny, rodzice, oświata, Wasilków, ksiądz, Rabczyński,Samorząd Uczniowski, lekcje, lekcja
Gimnazjum im. ks. Wacława Rabczyńskiego w Wasilkowie